niedziela, 20 lipca 2014

Kłótnia



Nastał styczeń, więc uczniowie powracali do Hogwartu po przerwie świątecznej. Na korytarzach zrobiły się tłumy i w całym zamku powstawały wrzawy. Filchowi aż temperatura podskoczyła  z powodu błota, jakie nanosili młodzi czarodzieje, zdążył już kilku za to ukarać. Wypoczęci i niektórzy bardzo chętni do nauki uczniowie spotykali się ze swoimi przyjaciółmi, których nie widzieli przez jakiś czas.
- Rose jesteś już! – Ucieszyła się Emma na widok rudowłosej przyjaciółki wchodzącej do dormitorium.
- Jestem i mam ci oraz Marcelowi coś do powiedzenia.
- Co takiego? – zdziwiła się poważnym tonem Krukonka.
- To coś związanego ze Scorpiusem, a raczej z jego rodziną i… no raczej to nie będzie zbyt hm… przyjemne. No i… zresztą sama usłyszysz.
- Ale o co chodzi? Zmartwiłaś mnie trochę, czy to coś złego?
- No w pewnym sensie to tak. Chodź znajdziemy Marcela i wam opowiem.
Dziewczyny zaczęły szukać swojego przyjaciela, lecz nie miały najmniejszego pojęcia, gdzie on może być. Wyjrzały przez okno na korytarzu, aby przyjrzeć się błoniom, ale nie było go tam. Podobnie w bibliotece, Wielkiej Sali i pomieszczeniach lekcyjnych. Wiedziały, że nie dostaną się do Wieży Gryffindoru, ponieważ nie znają hasła.
- Może po prostu zaczekamy przed obrazem Grubej Damy? – zaproponowała szatynka. – Marcel w końcu wyjdzie, lub będzie chciał wejść, a jak nie to poprosimy kogoś, żeby go zawołał, a raczej ty poprosisz. – Wyszczerzyła do niej zęby.
- No dobra, to chodź – zgodziła się Rose, wiedząc o słabości przyjaciółki.
Czekały, czekały i czekały, ale nie było widać najmniejszego śladu Gryfona. Co gorsza nie było widać żadnego ucznia domu lwa.
- I co teraz robimy? – spytała zrezygnowana Emma.
- Czekamy, musimy cze…
Dziewczyna urwała w pół słowa, ponieważ w tej chwili rozsunął się obraz Grubej Damy, a z niego wyłoniły się trzy postacie.
- Jak dobrze, że was widzę – powiedziała uradowana rudowłosa do swoich kuzynów. – Nie wiecie może, czy Marcel jest gdzieś tam w środku?
- Jest, niedawno z nim rozmawialiśmy – odpowiedział Louis.
- Spodobał mu się prezent od nas. – Wyszczerzył zęby James.
- A moglibyście go zawołać? – spytała Krukonka.
- Nie wiem, czy znajdziemy go w tym tłumie – rzekł Fred.
- Jakiem tłumie? – Rose nie kryła swojego zdziwienia.
- W środku jest impreza i zebrało się naprawdę dużo ludzi – zaczął Potter z dumną minął, po czym jego kuzynka od razu poznała, że był to ich pomysł. – Jeżeli chcecie, możemy was wpuścić, a wy się rozejrzycie. Jest tam pełno Puchonów i trochę Krukonów, więc nie będziecie zbytnio rzucać się w oczy.
Rudowłosa spojrzała pytająco na swoją przyjaciółkę, która do tej pory nie odezwała się ani słowem. Dziewczyna kiwnęła nieśmiało głową, więc Weasley ponownie odwróciła się do swoich kuzynów.
- Dobra, wpuście nas.
- Mimbulus mimbletonia – powiedział James, a obraz się odsunął. – Wchodźcie, my musimy coś załatwić, więc później przyjdziemy.
Krukonki wślizgnęły się przez dziurę za obrazem, którą po chwili zakryło dzieło. Chłopcy mieli rację, bo w środku było mnóstwo osób, nie dało się praktycznie przejść, a muzyka grała dość głośno. Dziewczyny na początku nie miały pojęcia gdzie iść, skąd zacząć poszukiwania, ale w końcu ruszyły się z miejsca. Jednak przez długi czas nigdzie nie widziały owego Gryffona, czasami myliły go z kimś innym. Po długim czasie ujrzały go przy stoliku z jedzeniem w towarzystwie pewnego blondyna.
- Marcel! - krzyknęła rudowłosa, lecz ten jej nie usłyszał.
- Chodź. – Pociągnęła ją za rękaw Emma i zaczęła przepychać się przez tłum. – Marcel! – krzyknęła gdy była już dostatecznie blisko.
Chłopak się odwrócił w kierunku, z którego dobieg krzyk.
- Emma, Rose, Co wy tu robicie? – zapytał zaskoczony, lecz szczęśliwy.
- Przyszłyśmy po Ciebie, bo Rose ma nam coś ważnego do powiedzenia. – Mała szatynka starała się przekrzyczeć panujący dookoła hałas.
- Co takiego?
- Może nie tutaj? – spytała zmieszana Rose. – Chodźcie do biblioteki, tam będzie cicho i raczej nikt nas nie usłyszy. Tylko… wolałabym, żebyśmy poszli sami. – Spojrzała niepewnie na stojącego obok blondwłosego Gryffona.
- Ehm… to jest Ian, a to Emma i Rose.
Przedstawił sobie całą trójkę, a oni się przywitali.
- To ja pójdę do chłopaków, nie będę wam robił kłopotu. – Uśmiechnął się i odszedł.
Pierwszoroczni opuścili Pokój Wspólny Gryfonów i ruszyli w kierunku biblioteki. Po drodze nie mijali zbyt wielu osób, lecz gdy Emma lub Marcel chcieli dowiedzieć się czegokolwiek od Rose, ona powtarzała im, że powie wszystko na miejscu, bo nie chce aby ktoś inny usłyszał. Tak jak podejrzewali, w królestwie Pani Pince nie było wielu osób, głównie siódmoklasiści. Wybrali najodleglejszy stolik i usiedli przy nim.
- Pamiętacie co Hagrid mówił o Malfoyach i jak zareagował na Scorpius’a, gdy do niego z nim przyszliśmy?
- Tak, ale o co w tym wszystkim chodzi? – dopytywał się Marcel, nie rozumiejąc do czego dąży jego przyjaciółka.
- Otóż o to, że rozmawiałam z rodzicami o ich rodzinie. Początkowo mama nie chciała nic powiedzieć, bo twierdzi  że to nie wypada, ale tak ją męczyłam, że się ugięła. W sumie opowiadała mi głównie o dziadku Scorpiusa, Lucjuszu. Wiem już czemu się nie znali.
- Bo jego dziadek był w Azkabanie – wtrąciła Emma. – Scorpius mi o tym powiedział, ale sam nie wiedział dlaczego.
- Nie wspominałaś o tym, ale już się dowiedziałam dlaczego tam się znalazł. Otóż gdy Voldemort żył na ziemi rodzina Malfoy’ów opowiedziała się po jego stronie. Uważali, że liczy się tylko czysta krew, a czarodziejów półkrwi i mugolaków trzeba wytępić.
- Czegoś nie rozumiem jak tak to… - zaczął się zastanawiać Marcel. – Dlaczego Scorpius się z nami przyjaźni? Przecież nikt z nas nie jest czystej krwi.
- Zaraz o tym powiem. Gdy miało dojść do ostatecznego starcia, babcia Scorpiusa, Narcyza w pewnym sensie uratowała życie mojemu wujkowi Harry’emu, za życie Dracona, jej syna. Wtedy właśnie babcia Scorpiusa chciała ratować całą rodzinę i odwróciła się od Voldemorta i nie uczestniczyli w walce. Lucjusza Malfoya skazano na dwadzieścia lat pobytu w Azkabanie, a Draco i Narcyza Malfoy podobno bardzo się zmienili i już krew nie jest im najważniejsza. Myślę, że Scorpius został inaczej wychowany przez ojca, temu się z nami przyjaźni. Moja mama mówiła, żebyśmy nie słuchali plotek na temat jego rodziny, skoro jest on dla nas bliskim przyjacielem.
- A więc to chyba dobrze? – spytał niepewnie Marcel. – Nie rozumiem dlaczego musiałaś nam to powiedzieć tutaj.
- Bo to nie jest koniec. Tę część opowiedziała mi mama, tato jednak nie był taki wyrozumiały. Opowiadał same złe rzeczy o jego rodzinie. Wiecie co to komnata tajemnic?
- Coś o tym czytałam – odpowiedziała Krukonka, przypominając sobie, czego dokładnie dowiedziała się o tym miejscu.
- Ja nie… - zmartwił się Gryfon.
- To nadrobisz to kiedy indziej. Sęk w tym, że był tam uwięziony potwór, który został uwolniony jakby przez dziadka Scorpiusa, a przez to wielu mugolaków ucierpiało. Jego ojciec Draco podobno był straszny, nie szanował innych, uważał się za najlepszego, a moją mamę wyzwał kiedyś od szlam.
- Co?! – oburzyła się brązowowłosa.
- Ym… a co to jest ta szlama? – Marcel czuł się trochę niedoinformowany.
-To bardzo obraźliwe określenie na osoby takie jak my, czyli urodzone w mugolskiej rodzinie – wyjaśniła mu Emma.
Rose opowiedziała przyjaciołom jeszcze parę nieprzyjemnych historii związanych z rodziną Malfoya, które usłyszała od swojego taty. Nie kryli oni ogromnego szoku, jakiego doznali, nigdy nie podejrzewali, że Scorpius może mieć tak nieobliczalną rodzinę, przecież sam jest taki spokojny. Postanowili, że na razie nic nie powiedzą Ślizgonowi, choć Emmie się to nie podobało, bowiem nie chciała nic przed nim ukrywać, ani go okłamywać. Uznali, że lepiej będzie, gdy najpierw dowiedzą się, jak Scor spędził święta z dziadkiem.

***

Nastał pierwszy dzień po przerwie i wielu uczniów przez święta przyzwyczajonych do późnego wstawania, siedziało z na wpół zamkniętymi oczami przy śniadaniu i na pierwszych lekcjach. Nauczyciele byli wyjątkowo wyrozumiali i nie zadawali prac domowych, no może za wyjątkiem McLaggena.
Dwie pierwszoroczne Krukonki siedziały na obiedzie i zawzięcie o czymś dyskutowały, głównie były to tematy lekcyjne. Gdy już skończyły jeść to wstały od stołu.
- Wiesz co Em, muszę się przejść na chwilę do Profesora Longbottoma, zaczekaj na mnie w pokoju.
- Jasne.
Rudowłosa skierowała się w stronę stołu nauczycielskiego, a jej przyjaciółka poszła w kierunku drzwi.
Brązowowłosa szła w lekkim zamyśleniu i dopiero przy stole Gryfonów zorientowała się, że przed nią idzie jej blond włosy przyjaciel.
- Scor! Scor zaczekaj! – krzyknęła i podbiegła do Ślizgona, który zatrzymał się z ogromną niechęcią. – Hej, Scor mam do Ciebie pytanie.
- Co tam? – zapytał trochę z niechęcią.
- Czy ty nas unikasz? Jakoś od przyjazdu jeszcze ze sobą nie rozmawialiśmy, mimo iż mieliśmy razem lekcje. No i w święta przestałeś odpisywać na moje listy. Coś się stało?
- Nie. Muszę iść.
Odwrócił się i chciał wyjść z sali, jednak Krukonka złapała go za rękę i mu to uniemożliwiła.
- Powiedz co się stało. Coś z dziadkiem?
- Nic mi nie jest! – warkną rozgniewany, a Emma puściła jego dłoń.
- Przecież jesteśmy przyjaciółmi, wiesz że możesz mi zaufać. Sam non stop powtarzałeś mi te słowa.
- Najwidoczniej się myliłem. I już nie nazywaj mnie tak!
Nawet nie zauważyli, że ich wymianie zdań przygląda się spora grupka Gryfonów i trochę Krukonów.
- Co się z tobą stało? Nie poznaję Cię… zrobiłeś się jakiś agresywny. – Dziewczyna mówiła z lekkim niedowierzaniem w to jak zachowuje się Ślizgon.
- Może po prostu mnie nie znałaś.
- Myślę, że znałam Cię bardzo dobrze, ale coś mi się wydaję, że to twój dziadek zniszczył Cię i wszystko na co pracował twój ojciec, abyś miał lepsze życie od niego…
- A co ty możesz wiedzieć o mojej rodzinie ty szlamo!
Słowa te bardzo zabolały dziewczynę, obawiała się że ktoś ich kiedyś użyje, a ona nie będzie wiedziała co robić… i właśnie tak było. Nie przygotowała się na to, tym bardziej że usłyszy je z ust przyjaciela, a przynajmniej kogoś kogo uważała za przyjaciela.
Po chwili doskoczyło do nich kilka osób z domu lwa, Emma ledwo kojarzyła ich twarze.
-Jak śmiesz używać takich słów! – krzyczała oburzona Roxann, która od razu podeszła do brunetki i położyła jej dłoń na ramieniu.
- Powinieneś za to zgnić w Azkabanie, ludzie tacy jak ty już dawno się tam znaleźli! – dodała również rozzłoszczona Charlotte.
Fred natomiast od razu rzucił się w jego stronę.
- Już ja ci pokażę! Odechce ci się kogoś wyzywać! – mówił podciągając rękawy do góry.
Zdążył jednak tylko szarpnąć jego szatę, bo Louis i James zaczęli go odciągać, mówiąc że jeszcze jakiś nauczyciel zobaczy i wtedy sam będzie miał szlaban. Scorpius szubko opuścił salę, a oni zaczęli wypytywać Emme, czy wszystko z nią w porządku.

niedziela, 13 lipca 2014

Święta



Przerwa świąteczna to jeden z ulubionych okresów wszystkich uczniów. W tym czasie nie mają żadnych zmartwień i stresów związanych ze szkołą. Czas wolny zawsze trwa około trzech tygodni, a jakieś dwa dni przed świętami wszyscy już się zbierają do swoich domów. Również rodzina państwa Weasley, często zbiera się, aby pomóc w przygotowaniach.
- Moja Kochana Ginny! – krzyczała od progu Molly.
Starsza, pulchna kobieta zaczęła biec w kierunku przybyłych gości.
- Witaj mamo. – Uśmiechnęła się rudowłosa.
Matka z córką ucałowały się na powitanie.
- Harry, kochanie jak miło Cię widzieć. – Zięć również otrzymał buziaka w policzek. – Są i moje ukochane wnuki. No chodźcie do babci. – Wystawiła ręce, a cała trójka wtuliła się w nią.
- Fajnie Cię widzieć babciu – pisnęła mała dziewczynka.
- Cię też Kochanie. Albusie musisz mi opowiedzieć, jak ci minął pierwszy miesiąc w Hogwarcie.
- Al pewnie nie będzie zbyt rozmowny – wychylił się James. – W końcu stał się rodowitym Ślizgonem.
- James przestań dokuczać bratu – skarciła go matka. – Ktoś już przyjechał mamo?
- George i Charlie już są, Percy powinien zaraz przyjechać, a Ron powiedział, że będą wieczorem.
- To jak Freddie już jest, to ja lecę – krzyknął James i pobiegł do domu.
- A Bill i Fleur? – zapytała Ginny.
- Przyjadą dopiero w wigilię, Bill nie dostał wolnego.
Państwo Weasley od pół roku mieszkają w ogromnym domu, który nazywają Jaskinią, ponieważ przypomina wielki głaz. Jest dość okrągły, o granatowej barwie. Przez wiele lat był budowany przez ich dzieci, w tajemnicy przed nimi samymi, aby nie musieli już się gnieździć w walącej się Norze, która niespecjalnie nadawała się do mieszkania. Nowy dom posiadał około dwunastu sypialni, aby dzieci i wnuki miały gdzie spać, przyjeżdżając na wakacje, cztery łazienki i kuchnia połączona z ogromną jadalnią. Za domem rozciągał się barwy ogródek Molly, a przy nim stał garaż, w którym Artur przerabiał mugolskie przedmioty. Do tego stawik i mała altanka, aby umilić wieczoru rodzicom.

***

-Nie jestem pewna, czy to była dobra decyzja – mówiła zdenerwowana Astoria.
Wraz z rodziną stali przed bramą Malfoy Manor. Do tej pory święta spędzali w swojej willi w Hiszpanii, a Narcyza, matka Dracona przyjeżdżała do nich w tym okresie. Jednak tym razem to oni otrzymali zaproszenie od dziadków Scorpiusa.
- Spokojnie Kochanie, gdy tylko coś będzie nie tak, zabierzemy matkę i wrócimy do domu. – Draco starał się uspokoić żonę, jednak sam był kłębkiem nerwów. Do tej pory był niespokojny z powodu spotkania z ojcem, byłym więźniem Azkabanu. Ale teraz, gdy stał przed ogromną posesją powracały do niego najgorsze wspomnienia, które wypierał z pamięci przez wiele lat. Nie był w tym miejscu, odkąd Voldemort został pokonany, bo to właśnie tutaj były krzywdzone osoby, które najbardziej kochał.
Za każdym razem, gdy rodzice rozmawiali o Lucjuszu Malfoy’u, Scorpius wsłuchiwał się w to tępo. Czuł się, jakby wcale nie był arystokratą Malfoy’em, nie miał pojęcia o kim mówią, mimo że to jego dziadek. Co gorsza czuł się jakby wcale nie znał swoich rodziców, jakby to były obce osoby. Mimo iż wiele razy starał się wyciągnąć z nich, dlaczego ukrywali przed nim istnienie byłego więźnia i dlaczego znalazł się w Azkabanie, oni jak najszybciej zmieniali temat.
- Chodźmy – powiedział Draco, gdy brama się rozsunęła.
Cała trójka szła przez podwórko w lekkim napięciu. Scorpius rozglądał się dookoła, zastanawiając się, dlaczego rodzice nigdy nie zabrali go w to tajemnicze miejsce.
Po dłuższej chwili dotarli pod ogromne wrota, które otworzył im domowy skrzat. Zmorek* ukłonił się i wpuścił ich do środka.
- Babcia! – Mały blondyn od razu rzucił się w ramiona Narcyzy, stojącej niedaleko drzwi.
- Mój kochany Scorpius – ucieszyła się starsza kobieta. – Już tyle czasu się nie widzieliśmy przez twój wyjazd do Hogwartu. – Narcyza do tej pory odwiedzała swoją rodzinę w Hiszpani przynajmniej raz w miesiącu. – Musisz mi opowiedzieć jak ci się tam podoba.
- Ale najpierw może przywitasz się z dziadkiem?
Do wszystkich dobiegł niski głos z ciemnego kąta korytarza i po chwili wyłonił się z niego Lucjusz Malfoy. Mężczyzna ten jest dość wysoki, o długich, siwych włosach. Stalowo szare oczy wpatrywały się w małego chłopaka, a ręce rozłożył w oczekiwaniu na uścisk. Scorpius niepewnie spojrzał w stronę rodziców, a następnie ruszył w kierunku starszego mężczyzny. Nie wiedząc do końca co ma zrobić, ostrożnie wtulił się w jego ramiona.
- Jaki jesteś już duży – powiedział Lucjusz, gdy chłopak lekko się od niego odsunął. – Aż dziwne, że nigdy nie dostałem twojego zdjęcia, ani nie zostałem poinformowany o twoich narodzinach od swojego syna. – Zwracał się do Scorpiusa, lecz każdy wyczuł, iż są to pretensje do jego rodziców.
- Chodź tu Scorpius, zdejmiesz kurtkę i buty – zawołała go matka. Przez cały czas obawiała się tego, że zbyt długa obecność Lucjusza w jego życiu, może je bardzo zmienić.
- A później oprowadzę Cię po domu. – Uśmiechnął się starzec.

***

Wielka Sala została pięknie przystrojona. Choinki przyniesione przez Hagrida poustawiano dookoła Sali i ubrano w przepiękne barwy domów. Stroiki ze świecami stały na pięciu stołach, a nad głowami latały przystrojone w świąteczne kokardy. Całą tą dekoracją zajęła się Profesor Inez Green, przy pomocy kilku uczniów.
- Bardzo się cieszę, że możemy razem spędzać te święta. Mimo, że jest nas niewielu, to nie przeszkodzi nam w tym magicznym czasie. Chciałam wam życzyć, aby te święta były cudowne, a cały rok obfity w waszą naukę. Zacznijmy więc Ucztę Świąteczną! – Dyrektorka klasnęła w dłonie, a stoły pokryły się przeróżnymi pysznościami. – Smacznego.
Wszyscy zabrali się za pałaszowanie smakołyków i popijali je sokiem dyniowym. Przy stole Gryfonów siedziało piętnaście osób, Ślizgonów jest dwunastu, Krukonów i Puchonów natomiast po ośmiu. Nauczyciele byli wszyscy i najwidoczniej bardzo dobrze się bawili.
- A tak w ogóle – zaczął Marcel, gdy połkną kawałek ciastka z kapustą i grzybami – to czemu zostałeś w Hogwarcie na święta?
Moi rodzice pojechali do Chin, aby odwiedzić dziadków ze strony mamy, a ja jakoś niespecjalnie lubię tam jeździć. I w sumie lubię zdobywać nowe doświadczenia – odparł Ian. – A ty dlaczego nie wróciłeś do domu?
- No wiesz, jakby ci to powiedzieć… ja tak jakby nie mam domu.
- Jak to? – zdziwił się blondyn.
- Odkąd skończyłem cztery lata mieszkam w domu dziecka, a tam raczej nie jest zbyt przyjemnie.
- Oj, przepraszam – zmieszał się Ian. – Nie wiedziałem…
- Nic nie szkodzi. Przyzwyczaiłem się. – Uśmiechnął się. – Zresztą, teraz czuję jakby to był mój dom.
Lekkie słońce zaczęło muskać twarz małego Gryfona. Całą noc tak smacznie mu się spało, iż nie chciał tego przerywać, więc tylko obrócił się na drugi bok. Starał się znów pogrążyć w objęciach Morfeusza, lecz nie było mu to pisane. Po chwili usłyszał głośny trzask drzwi i donośny krzyk.
- Wstawaj! Już pierwszy dzień świąt! Chodź zobaczyć prezenty! – Ian potrząsnął Marcelem.
- I tak pewnie nic nie dostanę, daj mi trochę pospać.
- Nie. – Ściągnął kołdrę ze swojego kolegi. – Idziesz ze mną!
- No dobra… - Niechętnie zwlókł się z łóżka i razem poszli do Pokoju Wspólnego, gdzie stała ogromna choinka, a pod nią masa prezentów.
Marcel oparł się o ścianę i z lekko przymkniętymi oczami przyglądał się jak Ian bierze do ręki pierwsze prezenty.
- Ten jest dla Ciebie – powiedział, podając mu paczkę.
- Dla mnie? Na pewno? – zdziwił się. Wziął do ręki i dokładnie obejrzał w poszukiwaniu jakiejś kartki od kogo może to być, ale nic nie było więc otworzył prezent.
Nagle coś wybuchło, a Marcel został pokryty jakąś zieloną mazią. Gdy otarł oczy zobaczył małą karteczką.
James, Fred i Louis życzą ci wesołych świąt brachu i mamy nadzieję, że nasz prezent ci posmakuje. Do zobaczenia za dwa tygodnie.”
Marcel ostrożnie polizał zieloną maź na brodzie i poczuł przyjemny smak kiwi. Mimowolnie się uśmiechną i pomyślał, że to chyba jego najlepsze święta. Po chwili otwierał już kolejne prezenty od swoich przyjaciół.

***

- Hej Em. Usłyszałam, że Dorota** gotuje, więc weszłam sobie tylnymi drzwiami. Co robisz? – zapytała dziewczyna o blond włosach.
- Czytam książkę, którą dostałam na święta.
- Nie ma twoich rodziców, co? – spytała, widząc że przyjaciółka jest zmartwiona.
- Mamy jeszcze nie widziałam, znowu jest na misji, a tato był chwilę na kolacji wigilijnej, ale musiał jechać do pracy, bo coś w kancelarii się nie zgadzało. – Mówiła bardzo obojętnym tonem.
- Przykro mi… - rzekła smutno Rachel.
- Nie ma powodu, w końcu rodzice zrekompensują mi swoją nieobecność prezentami…
- Em, wiesz że nie musisz przede mną udawać. Powiedz co naprawdę czujesz. – położyła dłoń na ręce swojej przyjaciółki.
- Nic nie czuję, w tym sęk… Przecież to normalne święta w moim życiu, jak co roku. – Spoglądała tępo w ścianę naprzeciwko siebie i po chwili dodała. – Ale ja się naprawdę łudziłam, że tym razem będzie inaczej. – W jej prawym oku pojawiła się mała łza. – Myślałam, że skoro przez prawie pół roku mnie nie widzieli, nawet gdy sami byli w domu, to spędzimy razem choć te kilka najważniejszych dni. I co zastałam gdy przyjechałam? – Pierwsze krople pociekły jej po policzku. – Kartkę od mamy, a tato zwinął się po godzinie…
Rachel w ciszy wysłuchiwała wszystkiego, a następnie przytuliła przyjaciółkę.
- Wiesz co, nie możesz być teraz sama. Chodź do mnie na obiad. Mama się ucieszy, tylko będziesz musiała wymyślić dobrą historię o szkole z internatem. I możesz wziąć Dorotę! - Ucieszyła się ze swojego pomysłu.
- Dzięki, to chyba dobre rozwiązanie. Weźmiemy trochę jedzenia, bo Dorota się napracowała.
- No pewnie! Uwielbiam jej zrazy.
Dziewczynom się nieco poprawiły humory i razem ruszyły do domu obok. Bardzo miło spędziły razem popołudnie, zjadły obiad i wymieniły się prezentami. Emma opowiedziała państwu Stewart o Polskiej szkole z internatem, parę historyjek sprzedała jej Dorota. Później cała piątka grała w gry planszowe, a w końcu Emma została na noc u swojej przyjaciółki.

***

- Babciu musiałaś się nieźle napracować – powiedział Louis, otwierając prezent.
- Uszyć tyle swetrów, chyba jakieś skrzaty ci pomagały – rzekł Fred, wciskając swój sweter przez głowę.
- Nonsens Freedie! – oburzyła się pulchna kobieta. – Te ręce same wyszyły dwadzieścia pięć swetrów, nie miałam żadnej pomocy.
- To chyba babcia przez cały rok nie robiła nic innego – zadrwił James i większość rodziny się roześmiała. Jednak Molly zrobiła obrażoną minę.
- No już chłopcy, nie żartujcie sobie z babci – skarcił ich łagodnie Artur. – Może pójdziecie gdzieś się teraz pobawić, czy coś. Starsi chcieliby się teraz czegoś napić. Kupiłem niedawno jakieś przepyszne, mugolskie wino.
- To my z chęcią z wami zostaniemy. – Wyszczerzył zęby Louis.
- No, no jesteście jeszcze trochę za mali – powiedziała surowo Ginny w stronę trzech chłopaków. – Jeżeli Bill i Fleur się zgodzą, to jedynie Victoire z Tedem będą mogli z nami się napić.
- Cztery lata w tą, czy w tą… - zaczął James, lecz gdy dostrzegł karcący wzrok matki dodał. – No dobra już idziemy.
- Chodźcie pogramy w Eksplodującego Durnia – powiedział Fred, wychodząc.
- Nie używajcie magii! – zwróciła im uwagę Hermiona. – Dobrze wiecie, że nie możecie tego robić poza Hogwartem.

- Co robisz? – zapytał rudzielec skacząc przy ramieniu siostry.
- Odczep się Hugo. – Odepchnęła jego głowę ręką. – Piszę listy do przyjaciół i nie chcę, żebyś mi coś tu zmajstrował. Idź się pobaw z Lily i Lucy.
- No właśnie bawię się z nimi, tylko gdzieś się przede mną schowały…
- A w co się bawicie?
- W chowanego.
- To nie wiem czy jesteś tego świadomy, ale ta gra polega na tym, że masz je znaleźć – powiedziała zażenowana inteligencją brata.
- Może ty mi pomożesz je znaleźć. – Wyszczerzył zęby.
- Jestem zajęta. Może ktoś inny Cię wesprze.
- Albus i Molly czytają te swoje głupie księgi, chłopacy są zajęci, Vic jest z rodzicami, a Dominique… sama wiesz. Nie prosiłbym Cię przecież, gdybym nie miał wyjścia.
- Została jeszcze Roxanne…
- Masz rację! Na razie. – Pobiegł do wyjścia.
Rose z powrotem zabrała się za pisanie listów.

- Korzystając z okazji, że jesteśmy sami, we trzech, muszę wam coś powiedzieć – szepnął James.
Byli w niewielkiej sypialni gościnnej i siedzieli na łóżku i fotelach. Niestety po słowach wypowiedzianych przez Pottera rozległo się pukanie do drzwi.
- Cześć chłopcy, co tam kombinujecie? – zapytała Roxanne siadając na łóżku przy swoim bracie.
- Nic. Tak sobie gadamy – odpowiedział Fred.
- Mała nie masz nic do roboty? – spytał lekko zniecierpliwiony James. – Może idź posiedź z mamą…
- Siedzi z innymi rodzicami, nacieszę się nią później, a teraz posiedzę z wami. – Uśmiechnęła się, a Potter przewrócił oczami.
Kolejny raz ktoś zapukał i w drzwiach staną Hugo.
- Co to jest, domowe przedszkole? – Louis zaczął się niecierpliwić, bo był ciekawy co ma im do powiedzenia kuzyn.
- Roxanne tu jesteś! – krzyknął uradowany rudzielec. – Chcesz mi pomóc szukać Lily i Lucy?
- Tak, proszę pomóż mu… - rzekł zażenowany James.
-Dobra, skoro mnie tu nie chcecie, to mu pomogę. – Zeskoczyła z łóżka i razem z Hugonem wyszli z sypialni, zamykając za sobą drzwi.
- W końcu sobie poszli… - odetchnął James, ale zobaczył niezadowolone spojrzenie Freda. – No co, to twoja siostra, nie moja. Przejdźmy do rzeczy. – znowu zaczął szeptać, a chłopacy wsłuchali się uważnie w jego słowa. – Kilka dni temu strasznie się nudziłem i  nie miałem pojęcia co bym mógł porobić, więc wpadłem na genialny pomysł. Zakradłem się do sypialni Albusa i schowałem się w szafie, myślałem że go nastraszę, lub zwinę jakąś książkę co teraz czyta. Ale on jak wszedł to nie zaczął czytać książki… - Zrobił krótka pauzę, aby przyjrzeć się minom towarzyszy. – Wyjął spod poduszki różdżkę i jakiś stary pergamin, a po chwili szepnął „Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego” nie widziałem co on tam robi, bo szafa jest za daleko, więc pomyślałem, że poczekam aż gdzieś pójdzie i sam to sprawdzę.
Chłopacy cały czas wsłuchiwali się w jego słowa z zainteresowaniem.
- Nie ukrywam, że trwało to strasznie długo, chyba kilka godzin. Wyszedł dopiero późnym wieczorem, aby się wykąpać, ale najpierw powiedział „Koniec psot”. Szybko dopadłem ten pergamin i zrobiłem to co on. Po wypowiedzeniu zaklęcia zaczęły na nim się pojawiać jakieś linie, kółka i takie różne rzeczy.
- No ale co to było? – wtrącił zniecierpliwiony Louis.
- Pokazał się napis, że jakiś Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz witają, bla bla bla… Ja to otworzyłem i wiecie co tam było?
- No co? – ponaglił go Fred.
- Mapa Hogwartu… cała. Z różnymi przejściami i hasłami do nich, wszystko na niej było, nawet kto i gdzie jest w Hogwarcie.
- Co ty gadasz. – Louis otworzył szeroko usta i oczy ze zdziwienia. – Ale jakim cudem?
- Może to ten Lunatyk, Łapa, Rogacz i ten na G ją stworzyli, tylko kto to był… - zastanawiał się ciemnowłosy Weasley.
- I jak ta mapa znalazła się u twojego brata? – rozmyślał rudzielec.
- Myślę, że tato mu ją dał. Ja dostałem pelerynę, a on to, ciekawe co dostanie Lily… I wiecie co? Musimy mu zabrać tą mapę, w końcu nam się bardziej przyda. – Uśmiechnął się chytrze do kuzynów, układając już w głowie plan na przechwycenie pergaminu.


***

Scorpius już kilka dni spędził ze swoim dziadkiem i teraz znał go już trochę lepiej, a przynajmniej tak mu się wydawało.
- Lucjusz chyba się zmienił – zauważyła Astoria.
Kobieta wraz z Draconem i Narcyzą siedzieli w kuchni i pili kawę. Tymczasem Scorpius wraz z dziadkiem oglądali album rodzinny przy kominku w salonie.
- Najwidoczniej pobyt w Azkabanie dużo mu pomógł – mówiła spokojnie Narcyza. – Już od dawna tak dobrze się nie dogadywaliśmy.
- Oby to nie były tylko pozory – szepnął podejrzliwie Draco.

- A na tym zdjęciu jest twój ojciec w swój pierwszy dzień wyjazdu do Hogwartu.
- Ta dziewczyna z tyłu jest podobna do Rose. – Scorpius wskazał palcem na szatynkę.
- To Hermiona Granger, mugolaczka. A ty znasz jakichś czarodziejów, urodzonych w rodzinie jugoli? – Wyczekująco spojrzał na wnuka.
- Tak, moi przyjaciele Emma i Marcel z takich pochodzą.
- Przyjaciele… hm… A czy są oni w Slytherinie?
- Nie.
- No właśnie, bo tacy czarodzieje są od nas gorsi.
- Co masz na myśli dziadku? – spytał, nie do końca rozumiejąc jego słów.
- To, że w naszych żyłach płynie czysta, błękitna krew, a w ich brudna, szlamowata. Takie osoby nie zasługują na przebywanie w magicznym świecie. Gdyby Salazar Slytherin przejął władzę nad Hogwartem, nie byłoby  w nim miejsca dla szlam.
- Nadal jednak do końca nie rozumiem o co ci chodzi, co jest w nich gorszego? Przecież mają zdolności magiczne tak jak my.
- Ale nie są godne ich posiadania. Są to potomkowie mugoli, a sam dobrze powinieneś wiedzieć, że mugole są niczym. Za to my od pokoleń szczycimy się magią, oni są po prostu szczęściarzami, którym trafił się los na loterii.
Scorpius wsłuchiwał się w słowa dziadka, a on starał się, aby jak najbardziej do niego dotarły.
- Na przykład taka Hermiona Granger, myślała że jest lepsza od twojego ojca, raz nawet od niej dostał, ale tak naprawdę jest zwykłą szlamą.
- To tato i mama Rose Weasley się nie lubili? – zdziwił się
- Weasley’owie… ci zdrajcy krwi. Oni również nie są godni, aby nosić miano czarodziei. Radzę ci dobrze, abyś nie zadawał się z nimi.
- Ale dlaczego? – Zmartwił się chłopak.
- To nie jest odpowiednie towarzystwo dla Ciebie, jeszcze byś się zbytnio z nimi spoufalił, a wtedy i nasz ród zostałby splamiony.
Przez prawie dwa tygodniu Lucjusz Malfoy wpajał Scorpiusowi, że mugolaki, mieszańce i zdrajcy krwi są od nich gorsi. Robił mu pranie mózgu, lecz starał się, aby nikt więcej z rodziny tego nie usłyszał, dlatego też najpierw stworzył pozory opiekuńczego dziadka. Lecz gdy tylko się zorientował, że nikt nie wychował tego młodzieńca, musiał wziąć sprawy w swoje ręce.

*Zmorek – domowy skrzat Narcyzy Malfoy, prezent od Dracona;
**Dorota – opiekunka Emmy Archibald, pochodzi z Polski;

Jeżeli widzisz ten post, to znaczy, że wciąż jestem na borówkach. Mam nadzieję, że zrobicie mi miłą niespodziankę i zostawicie po sobie wiele komentarzy :*

niedziela, 6 lipca 2014

Zwykła nienawiść?


Nadszedł grudzień , wszystko dookoła zostało spowite śniegiem, a na niebie rzadko kiedy pojawiało się słońce.
Niedawno uczniowie odbyli wycieczkę do Hogsmeade i wielu z nich kupiło tam prezenty dla swoich rodzin. Od kiedy za oknem zrobiło się biało, każdy myślał tylko o nadchodzących świętach. Teraz nie tylko na Historii Magii, ale i na innych zajęciach pogrążali się w świąteczne marzenia.
- Bądźcie cicho i posłuchajcie mnie przez chwilę. – Neville stał na środku Pokoju Wspólnego Gryfonów z kartką w dłoni. – Tę oto listę wywieszę na tablicy ogłoszeń i ci uczniowie, którzy chcą pozostać w Hogwarcie na święta, muszą się na nią wpisać.
Podszedł do tablicy korkowej i za pomocą pinesek przypiął do niej kartkę.
- Każdy z was powinien już wiedzieć, czy wraca do domu, czy też nie, jednak daję wam dwa dni na zastanowienie się, w razie jakbyście zmienili zdanie, później Prefekci przyniosą do mnie tę listę.
- A Profesor zostaje na święta w Hogwarcie? – zapytała blond włosa drugoklasistka.
- Tak, wszyscy nauczyciele mają obowiązek pozostać tu w okresie świątecznym, jako wasi opiekunowie.
- A więc McLaggen też zostaje… - szepnął ktoś z tłumu z ogromnym niezadowoleniem.
Longbottom udał, że tego nie słyszał.
- Jeżeli nie macie już więcej pytań, to pozwólcie, że was opuszczę. Muszę się jeszcze zająć Czyrakobulwami, które czekają na mnie w cieplarniach.
Uśmiechnął się do swoich podopiecznych i przeszedł przez dziurę za obrazem. W tym momencie wielu uczniów podeszło do wywieszonej kartki. Po kolei zaczęli wpisywać się na listę, w kolejce ustawił się również Marcel.
- Ty też nie wracasz na święta?
Usłyszał głos za sobą i instynktownie się obrócił. Słowa te wypowiedział blondyn w jego wieku.
- Yhm… tak. Ian, mam rację?
- Tak. To zabawne, że mieszkamy obok siebie od kilku miesięcy, a jeszcze nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa. – Uśmiechnął się lekko.
- Tak masz rację. Może zmieni się to w przerwę świąteczną, gdy niewiele osób zostanie w Hogwarcie.
- Pewnie tak.
Nadeszła kolej Marcela, więc wziął on do ręki podane mu pióro. Przyjrzał się liście i na dwanaście nazwisk, niewiele wydało mu się znajomych i z żadną z tych osób nigdy nie zamienił dłuższego zdania. Choć wcześniej z nikim o tym nie rozmawiał, szybko wpisał swoje nazwisko na kartkę i podał pióro Ianowi. Następnie ruszył w kierunku swojego dormitorium. Zastanawiał się, czy ktoś z jego przyjaciół, również zamierza pozostać w tym magicznym miejscu na okres świąteczny.

***

- Marcel, co ty tu robisz? Nie powinieneś być na zielarstwie? – zdziwiła się Rose, widokiem owego Gryfona.
- Właśnie idę w tym kierunku. Byłem obok i pomyślałem, że do was zajdę, bo jedno pytanie strasznie mnie nurtuje.
- Co takiego? – przejęła się Emma.
- No właśnie chciałem zapytać, czy… czy zostajecie w Hogwarcie na święta?
- Nie, babcia Molly postanowiła przygotować ogromną ucztę i zaprosiła wszystkie swoje dzieci z ich rodzinami, nikt nie mógł odmówić. Czyli pewnie będzie nas tam z dwudziestu pięciu. – Przewróciła oczami rudowłosa.
- Ja też nie. Strasznie stęskniłam się za opiekunką i przyjaciółką, już robiłyśmy sobie plany w listach, co będziemy robić, gdy tylko przyjadę. – Uśmiechnęła się na wspomnienie Emma. – Zresztą, dlaczego to ci tak nie dawało spokoju?
- Bo wiecie, ja zostaję, z wiadomych powodów, i tak się zastanawiałem, czy ktoś z was będzie mi towarzyszył.
- Może Scorpius nie wróci do domu – zauważyła Rose.
- On na pewno wyjedzie – zaczęła  Emma. – Kilka razy mi już mówił, że z jednej strony nie może już się doczekać tych świąt, a z drugiej bardzo się ich obawia.
- Dlaczego? – zdziwił się Marcel.
- Bo pozna swojego dziadka, którego istnienie, z niewiadomych powodów, ukrywali jego rodzice.
Nagle ich oczom ukazał się zmierzający w ich kierunku blondyn.
- Cześć Scor – przywitał go Gryfon. – Będę już leciał, bo za chwilę spóźnię się na zajęcia. Do zobaczenia na obiedzie.
Przyjaciele pożegnali się z nim i szybkim krokiem ruszył w kierunku, w którym za chwilę miał rozpocząć lekcję. Gdy tylko zniknął za rogiem, pojawił się w nim Profesor McLaggen. Uczniowie szybko ustawili się w pary i nikt już nie śmiał odezwać się ani jednym słowem. Każdy już się nauczył, że z tym nauczycielem nie ma żartów, a najwięcej punktów jakie stracili dla swoich domów odjął właśnie on.
- Na co czekacie? Wchodźcie do sali.
Każdy dostrzegł, iż nauczyciel jest w fatalnym humorze i lepiej mu dzisiaj nie podpadać, więc posłusznie weszli do pomieszczenia. Wszyscy zajęli swoje miejsca, a Profesor podszedł do biurka i z jednej z szuflad wyjął stos pergaminów.
- Sprawdziłem wasze wypracowania na temat zaklęcia Ascendio. Poszło wam lepiej niż się spodziewałem, lecz i tak te wyniki są marne.
Uczniowie wymienili między sobą znaczące spojrzenia.
- Ale tylko jedna praca uzyskała status troll, czyli w zasadzie nie zaliczyła wypracowania.
Pierwszoroczni w napięciu czekali, aż Profesor wyjawi nazwisko tej osoby.
- Jest to Rose Weasley…
- Co?! – zdziwiła się głośno rudowłosa. – Ale jak to możliwe? Przecież czytałam tyle książek i napisałam więcej niż było wskazane…
- Po pierwsze nie odzywaj się na moich lekcjach niepytana, powtarzałem ci to już wiele razy. A po drugie, właśnie dlatego nie zaliczyłem twojej pracy. Kazałem wam napisać cztery stopy, a ty napisałaś sześć. Nie wykonujesz moich poleceń.
- Ale przecież to chyba dobrze, że bardziej zagłębiłam swoją wiedzę…
- Twoja niesubordynacja musi zostać ukarana. Jeszcze raz napiszesz to wypracowanie – powiedział stanowczo McLaggen.
Wszyscy uczniowie przyglądali się tej wymianie zdać z lekki przerażeniem i ulgą, iż nie są na miejscu Weasley.
- Ale przecież mam referat z Historii Magii i do tego inne zajęcia.
- Dalej niczego się nie nauczyłaś? Ravenclaw traci dwadzieścia punktów.

- Nie rozumiem dlaczego McLaggen się do Ciebie przyczepił. Przecież ja napisałam pięć stóp i zresztą każdy Krukon napisał więcej, tylko Ślizgoni starali się zmieścić w wyznaczonej długości i to ledwo im wychodziło.
- Nie wiem Em – odpowiedziała lekko zasmucona rudowłosa. – Już od jakiegoś czasu zauważyłam, że wszystko co robię na lekcji mu nie odpowiada, ale nie mam pojęcia dlaczego. Przecież nic mu nie zrobiłam…
Dziewczyny zmierzały w kierunku boiska do quiditcha, gdzie czekali na nie Scorpius i Marcel. Za chwilę miał się rozegrać mecz Gryfoni kontra Puchoni, na który szła cała szkoła.
- Te chmury nie wróżą nic dobrego, coś czuję, że się rozpada – stwierdziła Emma, wpatrując się w niebo.
- To świetnie, w sumie bym wolała zobaczyć mecz w deszcz, ale śnieg też jest dobry. – Rudowłosa trochę się rozchmurzyła.
Przepychały się właśnie przez tłumy, aby dojść na najwyższe siedzenia, gdzie miejsce zajęli dla nich chłopacy.
- W końcu będziemy kibicować jednej drużynie – ucieszył się Marcel, gdy dziewczyny podeszły.
- A co, ty też kibicujesz Puchonom? – zapytała żartobliwie Emma.
- Co? – zdziwił się Gryfon.
- Przecież żartuje. – Zaśmiała się z miny przyjaciela.
- Ja zawsze z tobą kibicuję Gryfonom – zaczęła Rose. – W końcu grają tam moi kuzyni.
- A po sytuacji w Noc Duchów dalej im tak kibicujesz? – zapytał Scorpius.
- Tak, choć nie ukrywam, że mnie wtedy zdenerwowali i jeszcze się do nich od tej pory nie odezwałam, to nie zmienia to faktu, że są to moi kuzyni. Z resztą poza Fredem i James’em gra tam jeszcze Victoire.
- Jej, jaką ty masz wielką rodzinę. – Marcel pomachał głową z niedowierzaniem.
- I to jeszcze nie wszyscy są w Hogwarcie. Za dwa lata przyjdzie tu mój nieznośny brat Hugo…
- Masz młodszego brata? – pisnęła zaskoczona szatynka. – Ekstra!
- Nawet nie wesz co mówisz, to istny koszmar…
- Wiesz, my wszyscy jesteśmy jedynakami i bardzo chcielibyśmy mieć jakiekolwiek rodzeństwo – wtrącił Scorpius.
Rose zaczęła opowiadać, czym Hugo doprowadza ją do szału, ale niewiele z tego usłyszeli, ponieważ po chwili rozległ się gwizdek i piłki wystrzeliły w górę, a oni skupili się na graczach.
- Kafel w posiadaniu Puchonów – rozpoczął relację Ernie. – Owen* mknie do przodu, jest to nowy zawodnik Hufflepuff’u, jak widać nieźle mu idzie, ale Victoire nie daje za wygraną, jest już tuż za nim.  Przejęła kafla. Szybkie podanie do Melanie i już mkną pod obręcze przeciwnika.
- Podobno Puchoni są ostatnio w niezłej formie. – Marcel próbował przekrzyczeć panujący dookoła hałas. – W ostatnich dwóch latach niewiele im brakowało, aby przegonić Ślizgonów, a w tym roku trenują jeszcze mocniej. Zresztą było to widać na ostatnim meczu z Krukonami.
- Nie przypominaj mi o tej porażce. – Rose pokręciła głową z niedowierzania.
- Skąd to wszystko wiesz? – zapytał z zaciekawieniem Scorpius, gdy żółci zdobyli kolejne dziesięć punktów.
- E… no wecie… od Nocy Duchów dosyć często rozmawiam z kuzynami Rose…
- Co?! – zdziwiła się rudowłosa.
- Nie gniewaj się, ale spodobał mi się ich pomysł w jaki nas nabrali i jakoś tak się złożyło, że zaczęliśmy gadać.
- Nie będę ci przecież zabraniała się z nimi kolegować, ale jest mi przykro, że nic o tym nie powiedziałeś.
- Wiesz, bałem się, że trochę wybuchniesz. – Zaśmiał się ostrożnie.
- Idą prawie łeb w łeb!
Pierwszoroczni na powrót skupili się na meczu.
- Sześćdziesiąt do pięćdziesięciu dla Gryfonów, a Puchoni znowu zdobyli kafla. A co to? – Spojrzał w górę, a cała widownia poszła w jego ślad. – Mamy zakłócenia pogodowe, ale nie martwcie się, mecz trwa dalej, a żółci właśnie dorównują szkarłatnym i w takim wypadku mamy remis. Wydaję mi się, że śnieg może jedynie przeszkodzić w znalezieniu znicza, co idzie nam na korzyść, bo jeżeli nie złapią go do jutra, to lekcje zostaną odwołane.
Ernie wyszczerzył zęby, a tłum zawył z radości. Nie obyło się również bez srogiego komentarza dyrektorki.
- Hufflepuff wychodzi na prowadzenie, jest osiemdziesiąt do siedemdziesięciu. Czy ja dobrze widzę? Tuż przy obręczach Gryfonów lata mała, złota kulka. To musi być znicz! Szukający obu drużyn ruszyli już do pościgu. Malcolm Summerby** jest o wiele bliżej celu, jednak James nie daje za wygraną. Interesujące… znicz po prostu zniknął tak szybko, jak się pojawił. Wróćmy więc do gry. Tom właśnie zdobywa sto dziesiąty punkt dla szkarłatnych i wyszli oni na prowadzenie o całe dwa rzuty.
Walka była zacięta, żadnej z drużyn nie udało się zdobyć prowadzenia większego niż o trzydzieści punktów. Nikt się nie spodziewał, że Puchoni podnieśli się tak wysoko. W ubiegłych latach bardzo dobrze sobie radzili, jednak i tak nie udawało im się dogonić Gryffonów. Teraz wszystko w rękach Szukających.
Minęły już dwie godziny meczu, niektórym zrobiło się bardzo nudno i zaczęli rozmawiać na różne tematy. Lecz gdy Ernie wykrzyczał, że znicz się znowu pojawił, cała widownia umilkła i skupiła w napięciu wzrok na Szukających.
- Ich miotły lecą równiuteńko, żadna nie wystaje nawet o cal. Te dwie kolorowe smugi to są właśnie Szukający, nigdy nie widziałem takiej zawrotnej szybkości.
 Nagle łup…
- Auuuuć… to musiało boleć… oberwał tłuczkiem w bok i spadł z miotły. Musimy przyznać, że Fred to jednak ma cela, tak wyeliminować konkurencję. I oto koniec gry, James Potter złapał złoty znicz.
Po trybunach rozniosły się okrzyki radości, ale i niezadowolenia. Niektórzy uważali, że Weasley specjalnie zwalił Malcolm’a z miotły, a Gryfindor powinien być przez to zdyskwalifikowany, jednak Profesor Hooch orzekła zwycięstwo szkarłatnych.

***

Albus  leżał w swoim dormitorium na łóżku, które zasłonił kotarą, aby jego współlokatorzy nie widzieli co robi. Starał się skupić na czytaniu niedawno „wypożyczonej” książki z Działu Ksiąg Zakazanych. Jednak ciągłe rozmowy William’a*** i Jared’a**** nie pozwalały mu na czytanie ze zrozumieniem. Pomyślał, że w Pokoju Wspólnym prawdopodobnie nikogo nie będzie o tej porze, więc się tam przejdzie i usiądzie przy kominku. Nott*** i Montague**** nawet nie zareagowali na to, iż Potter wyszedł z sypialni, dosyć często tak sobie znikał bez słowa.
Albus nie miał zbyt dobrych stosunków ze swoimi współlokatorami, nie żeby byli nieprzyjemni. Wręcz przeciwnie. Jak na Ślizgonów byli bardzo sympatyczni, choć też potrafili dopiec. Problem w tym, że Albus nie chciał się z nikim zaprzyjaźniać, a z nimi zamieniał kilka zdań na tydzień, gdy oni chcieli go o coś zapytać, lub on ich.
Ślizgon powoli szedł po spiralnych schodach, gdy wyszedł już z ostatniego zakrętu, dostrzegł światło, rzucane przez ogień w kominku. Zmniejszoną książkę miał w kieszeni, nie chciał, aby zbyt wiele osób wiedziało co czyta.
Rozczarował się, gdy zszedł z ostatniego schodka, bo na kanapie dostrzegł osobę, z którą nie chciał rozmawiać, a pewnie by musiał, gdyby go ujrzała. Najciszej jak potrafił zrobił obrót w tył, złapał za poręcz i postawił jedną nogę na schodku. Gdy drugą nogę chciał postawić na kolejnym i cały ciężar ciała przeniósł na prawą, pierwszy schodek głośno skrzypnął, a on usłyszał szybki ruch za sobą.
- O to ty Albusie – powiedziała lekko obojętnym tonem, co trochę zmartwiło Pottera. – Chodź i usiądź, nie musisz się wracać, tylko dlatego, że ja tu jestem. Zresztą właśnie miałam wychodzić.
Po krótkim namyśle postanowił, że usiądzie w jednym z foteli.
- Pewnie chcesz poczytać – zauważyła Weasley, mimo że książka nadal spoczywała na dnie kieszeni chłopaka. – Za chwilę pójdę i nie będę ci przeszkadzać, tylko chcę zadać ci jedno pytanie, mogę?
Ton, jakim odnosiła się do niego kuzynka bardzo go przeraził, był taki obojętny, bez uczucia, jak nigdy. W ogóle nie przypominała dziewczyny z ich poprzednich rozmów, co skłoniło go do tego, aby się zgodzić.
- Jesteś pewny, że nie chcesz grać z nami w drużynie?
A więc to był podstęp – pomyślał.
- Zauważyłam, że nie masz zbyt wielu przyjaciół – ciągnęła dalej. – Gdybyś wstąpił do drużyny mogłoby się to zmienić.
- Już ci mówiłem, że nie chcę! – zdenerwował się. – Wcale nie potrzebuję przyjaciół i wiesz co, dziwię się tobie, że wciąż mnie o to prosisz, skoro Flint tak Cię potraktował w meczu z Gryfonami. Właśnie straciłaś resztki szacunku, którym cię jeszcze darzyłem… Engorgio – wyszeptał, machając różdżką w stronę małego obiektu na jego dłoni.
Dziewczynę zamurowało. Nie wiedziała co ma odpowiedzieć, a Albus i tak z pewnością by już nie słuchał, bo już zaczął czytać swoją książkę, a przynajmniej tak jej się wydawało.
Chłopak jednak nawet po wyjściu Dominique nie potrafił się skupić na czynności, dla której tu przyszedł. Ciągle miał w głowie ton w jaki odnosiła się do niego kuzynka przez całą rozmowę.
A może to nie był podstęp – myślał – gdyby rzeczywiście tak było, to później by już normalnie mówiła, a ona jednak nie przestawiała. Jakby wcale nie chciała, abym do nich dołączył.

*Owen Preece – Puchon, jest na trzecim roku nauki w Hogwarcie, Ścigający w domowej drużynie quiditcha;
** Malcolm Summerby – Puchon, jest na czwartym roku nauki w Hogwarcie, Szukający w domowej drużynie quiditcha;
***William Nott – Ślizgon, jest na pierwszym roku nauki w Hogwarcie, współlokator Albusa Pottera;
****Jared Montague – Ślizgon, jest na pierwszym roku nauki w Hogwarcie, współlokator Albusa Pottera;

PROSZĘ O PRZECZYTANIE ŻONGLERA!